Gdy w styczniu przedsiębiorcy dowiedzieli się, że w planie nie ma luzowania obostrzeń, część z nich powiedziała dość. Właściciele stoków narciarskich ogłosili, że bez względu na decyzje rządu dotyczące restrykcji, w połowie stycznia wracają do pracy i zapraszają narciarzy. Do nich postanowili przyłączyć się restauratorzy, właściciele ośrodków czy branża fitness. Najpierw były to osoby z regionu, ale szybko akcja rozlała się na całą Polskę. Chwilę później powstała mapa "OtwieraMY", na której można było dopisać miejsca, które planują otworzyć drzwi dla klientów.

Na mapie obecnie zaznaczonych jest 6 punktów z Bydgoszczy. Od 23 stycznia znów otwarte są dwie siedziby Pierogarni OSOWA - na Osowej Górze oraz ulicy Dworcowej. - Lokale są otwarte normalnie. Nie mamy żadnych umów na wynajem stolików - mówi ich właścicielka, Anna Stawajuk. Na miejscu była już kontrola sanepidu i policji, ale nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości. Gdy przedstawiciele służb pojawili się w Pierogarni, nie było tam klientów. Zainteresowanie wizytą w restauracji z dnia na dzień jest coraz większe. - Przez pierwsze dwa dni nie było chętnych do jedzenia na miejscu. Potem to ruszyło. Teraz jest różnie - są lepsze i gorsze dni. W weekend jest większy ruch, ale generalnie ludzie przychodzą do lokalu - dodaje Stawajuk.

W okolicy otwarta jest również Karczma Rzym, lecz działa na innych zasadach. Klienci mogą wynająć miejsce do pracy z dostarczaniem do niego posiłku. Podczas wykonywania służbowych obowiązków obowiązuje reżim sanitarny - przed spożyciem zamówionych dań osoby powinny być w maskach, przy wynajętym stoliku może znajdować się do 5 osób, a w tym gronie nie mogą znajdować się dzieci. Na podobnej zasadzie działa kilka lokali w centrum miasta, choć właściciele nie dopisali się do mapy oraz nie afiszują się z nową usługą. Strona, która miała pokazać skalę protestu oraz informować klientów, jednocześnie stała się wskazówką dla służb, które dzięki temu wiedziały, gdzie należy przeprowadzać kontrole.

- Nas ktoś dopisał do mapy "OtwieraMY" bez naszej wiedzy, o czym donieśli nam goście. W zasadzie to my się nie otworzyliśmy, bo przez cały czas byliśmy otwarci - mówi właścicielka kawiarni Fanaberie, Katarzyna Borkowska-Kiss. - Przez ostatnie prawie 3 miesiące działamy jako coworking, czyli wynajem miejsc do pracy. Zapożyczyliśmy pomysł od dwóch kawiarni we Wrocławiu - dodaje. W tym czasie kontrola została przeprowadzona raz, w momencie, gdy przedsiębiorcy dopiero zapowiadali bunt. - Jesteśmy po jasnej stronie mocy. Nawet jak przychodzi sanepid czy policja, to oni nie mają na nas paragrafów i wychodzą z jakimiś notatkami - na tym koniec - uzupełnia. Od tego czasu w lokalu nie zaszły żadne zmiany, a w tym wypadku nie dopatrzono się żadnych nieprawidłowości. Zdaniem Borkowskiej-Kiss kontrole miały na celu postraszenie obywateli, a w tym momencie służby w większym stopniu skupiają się na ulicznych manifestacjach.

Przedsiębiorcy decydują się na otwarcie lokali, bo to jedyna szansa na ich uratowanie. W wielu wypadkach to jedyny sposób na przetrwanie. - Grudzień był dla nas ratunkiem, bo wiadomo, że wtedy sprzedaje się więcej pierogów. Na obydwu punktach dzięki temu można było nadrobić - stwierdza właścicielka Pierogarni. Pieniądze, które udało się zarobić w okresie okołoświątecznym pozwoliłyby na utrzymanie przez około 2-3 miesięcy. - Jeżeli to trwałoby dalej, to prawdopodobnie musielibyśmy ograniczać zatrudnienie. Od początku pandemii nie zwolniłam ani jednej osoby, a wręcz jedną dodatkowo zatrudniłam - podsumowuje Stawajuk.

Borkowska-Kiss uważa, że coraz więcej miejsc będzie się otwierać i sytuacja z wiosny ubiegłego roku już się nie powtórzy. Dowodem są pozwy zbiorowe, które zapowiadają m.in. hotelarze oraz branża fitness. - Przed chwilą odpaliłam sobie kamerkę w Zieleńcu - stoki działają. W Kościelisku i Zakopanem chyba nie, ale wiem, że w innych ośrodkach w Polsce wyciągi są otwarte. To dowód na to, że przedsiębiorcy już się nie boją - uważa.

Zdaniem właścicielki kawiarni Fanaberie kwestią czasu są zmiany, jakie zajdą na mapie gastronomicznej Bydgoszczy. - Kolega, który zajmuje się kursami gastronomicznymi, kelnerskimi, miesiąc temu był w Krakowie. W centrum, w rynku i przylegających uliczkach, cała masa lokali gastronomicznych padła. Pomieszczenia są już puste - zostały powyprzedawane. Przypuszczam, że w Bydgoszczy może być podobnie, choć wydaję mi się, że może być to mniejsza skala. Mniejsze miasto łatwiej się przed tym obroni. Nie mamy tak wielu lokali jak miejscowości turystyczne - stwierdza Borkowska-Kiss.

- Niektórzy zapowiadają, że aby wrócić do stanu sprzed w gastronomii potrzeba 10 lat. Jestem optymistką i uważam, że to szybciej wróci do normy, ale na pewno nie wydarzy się to w ciągu paru miesięcy. Mapa się zmieni, ale na początku może być mniej miejsc, bo to nie jest taka łatwa sprawa otworzyć lokal. Jego wyposażenie to są kosmiczne pieniądze. W normalnych czasach to duży wydatek. Generalnie jest taka tendencja, że ludzie nie chcą zakładać firm przez historię tego roku. Wolą etaty, które dają gwarancję pieniędzy - mówi właścicielka. Nadzieją dla punktów gastronomicznych są klienci. To dzięki nim kawiarnia Fanaberie przetrwała najtrudniejszy okres i teraz nadal może funkcjonować. Podobnych miejsc w Bydgoszczy może być więcej.